Szukaj

Mowa ks. Tomasza Tretera wygłoszona podczas uroczystości pogrzebowych Kard. Stanisława Hozjusza

Zaktualizowano: sie 11

w Bazylice Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu

dnia 14 sierpnia 1579 roku

(w tłumaczeniu s. prof. Jadwigi Ambrozji Kalinowskiej OSB)


Bazylika Najświętszej Maryi Panny na Zatybrzu


Któż da głowie mojej wodę i oczom moim źródło łez, abym opłakiwał, nie – jak mówi Jeremiasz – zranionych mojego ludu [Lm 3,48], nie jak Jezus – nędzę Jeruzalem [Mt 23,37], lecz będę opłakiwał miłosierdzie, niewinność, czystość, będę opłakiwał także to, że przez jedną śmierć zginęły wszystkie cnoty.


Oto bowiem mąż niewinny, z którym z łona matki wyszła jego pobożność i od dzieciństwa wzrastało jego zmiłowanie, który nigdy w próżności, lecz przed obliczem Pana [zawsze] przechadzał się w prawdzie [Łk 1,6] i miał serce doskonałe, na oczach was wszystkich przebywał, rozpoczął życie, jak wszystko stworzenie. Nie powinien być przez nas opłakiwany ten, który odszedł do niebieskiego domu, lecz zbyt niecierpliwie powinniśmy ubolewać my, którzy przestaliśmy go oglądać.


Abyście zrozumieli, że ten smutek ma o tyle sprawiedliwszą przyczynę̨, o ile cięższa jest strata, którą ponosimy, postanowiłem zatem krótko pokazać, jak przez tego męża Kościół Boży został osierocony i ile duchowego pożytku oraz pociechy może przynieść wszystkim pobożnym duszom jego przejście do niebieskiej chwały. Proszę teraz łaskawie mnie posłuchać.


Mogłem więc uczynić tu wzmiankę o jego urodzeniu i pobożnych rodzicach, dlatego byście jasno poznali, że z łona matki otrzymał pobożność, lecz w tej mowie bardziej chcę zwrócić uwagę na to, co jest jemu właściwe – na zadanie i godność, z jaką oddał Panu swego ducha, bardziej odpowiadając waszemu oczekiwaniu.

Najmłodsze lata przeżywał bardzo niewinnie, ponieważ w jego domu ukształtowała się czystość i głęboko zapuściła swe korzenie powściągliwość. Nie znał innego sposobu na przeżywanie swej młodości, jak tylko przez wytrwałą pracę. Poświęcał czas czytaniu, zamiast odpoczywać i zajmować się wszelkimi zabawami. Unikał próżnowania bardziej niż wściekłego psa i węża, dbał o modlitwy i studia.


Gdy powrócił do Polski z Italii, gdzie częściowo w Padwie, częściowo w Bolonii gorliwie studiował, jak niegdyś Samsona [Sdz 13,25], tak również jego ogarnął duch Pana, aby rozszarpać diabła, który zaczął niszczyć przez bezbożne herezje winnicę Pana w naszej ojczyźnie [Iz 3,14]. Dlatego cały wysiłek umysłu skierował na zwalczanie i śledzenie heretyków, a gdy osiągnął wyjątkową sławę niewinności i pobożności w całym naszym kraju, przykładem swego życia zaczął uczyć drogi prawdy.


Później zaś, przez papieża Pawła III, został wezwany na urząd biskupi, wtedy jako mający władzę, podjął jedyną myśl, aby powstrzymać́ wściekłość heretyków od swojej owczarni, a także leczyć pozostałe rany Królestwa. Jakby ojciec wspólnej ojczyzny całym wysiłkiem umysłu starał się o zbawienie i nawrócenie wszystkich, częściowo przez rady, częściowo przez napomnienia, częściowo przez pisanie kazań, które przez kaznodziejów były wszędzie wygłaszane ludziom, częściowo przez dostarczanie książek katolickich, częściowo przez żywienie i wychowywanie w wierze katolickiej dzieci heretyków.


Zainteresowanie działalnością Hozjusza było bardzo duże: heretycy czuli bowiem, że biskup jest wrogiem ich błędów; natomiast w każdej części świata chrześcijańskiego dotarła do katolików sława jego trudów i pism do tego stopnia, że dla ich piękna i elegancji i co więcej ducha, mówiącego wewnątrz, wspaniałe jego prace, pisane nocą zostały przetłumaczone z łaciny na język francuski, niemiecki, polski, angielski, szkocki i, jak niedawno dowiedzieliśmy się od sławnego męża, także na język armeński.


Zatem papież Paweł IV, zainteresowany sławą tak wielkiego człowieka, aby światło to dłużej, jakby pod korcem, w ukryciu nie było przechowywane [Mt 5,15], zatroszczył się o postawienie tego światła na świeczniku i przywołał biskupa Hozjusza z jego diecezji uwiecznionymi swoimi listami do Rzymu – na widownię całego świata. Konsultował się z nim w sprawie odnowy [religijnej] i dopóki żył, zawsze miał do niego wielki szacunek.


Widok na epitafium nagrobne Kard. Stanisława Hozjusza


Wreszcie przez następcę Pawła – papieża Piusa IV [Hozjusz] został desygnowany na nuncjusza i posłany do cesarza Ferdynanda; tak pięknie wypełnił ten obowiązek, że papież zachęcony [taką postawą] nawet podczas jego nieobecności, a co więcej odmowy, najpierw kreował go kardynałem, a następnie swoim legatem na Święty Sobór Powszechny w Trydencie. Na soborze tym oprócz wyjątkowej sławy roztropności, erudycji i pobożności, podniósł godność Stolicy Apostolskiej tak [wysoko], że święci ojcowie [soborowi], zgromadzeni pod natchnieniem Ducha Świętego z rożnych narodów całego świata nie mogli się nadziwić wspaniałym talentom tak wielkiego męża i niewiarygodnej wprost jego gorliwości. Przybysz u niego nie pozostał na zewnątrz. Drzwi swoje otworzył podróżnemu. Płomieniem miłości ogarniał wszystkich.


Po zakończeniu soboru wreszcie powrócił do ojczyzny. Powszechnie mówiono, że im bardziej na wyższy stopień czci i godności został postawiony, z tym większym zapałem zabrał się do rozkrzewiania kultu Bożego. Dlatego tak bardzo, o ile u króla Zygmunta Augusta cieszył się łaską, o ile u senatorów i pozostałych stanów Królestwa miał autorytet, tak bardzo dążył i starał się, aby uchwały na Świętym Soborze pobożnie podjęte, w jego ojczyźnie były wprowadzane w życie. Będąc w podeszłym wieku, prowadził jednak czysty rachunek wydatków i trudów, [czuwał] tylko by zdrowa pobożność nie została zniszczona przez nowo wprowadzaną bezmyślność́ i zuchwałość zgubnych ludzi.


Jako pierwszy w Królestwie Polskim, wezwawszy ojców Towarzystwa Jezusowego na Warmię, starał się odbudować upadłą dyscyplinę obyczajów wśród duchowieństwa i pilnie kształcić młodzież w naukach i bojaźni Bożej. Zobaczył owoce tych swoich wysiłków, gdyż inni biskupi, powodowani jego przykładem, zakładali kolegia tegoż Towarzystwa. Okazały się one w regionach dotkniętych skazą heretycką dla spraw Kościoła bardzo pożyteczne. W senacie Królestwa, ilekroć przemawiał, sprowadzał wszystko do tego, by po zniszczeniu synagogi szatana religia chrześcijańska mogła się rozwijać w jego ojczyźnie. Dlatego nigdy nie zaprzestał jawnie dostarczać królowi i senatorom, nie tylko żywym słowem, lecz bardziej przez wzniosłe listy tylu napomnień, tylu rad od Ducha Świętego pochodzących, tylu sposobów do uzyskania zbawienia zagubionych dusz, aby z tego jednego każdy mógł łatwo zrozumieć, że on niczego nigdy nie zaniedbywał, co należało do obowiązków czujnego pasterza, roztropnego senatora i kochającego ojca ojczyzny.


Niezwyciężoną odwagę do znoszenia trudów dla wiary chrześcijańskiej miał zawsze tak silną, że nie uląkł się nigdy gróźb możnych heretyków i nie uważał, że powinien powstrzymywać się od swobody mówienia, chociażby utracił względy władców, działając dla sprawy religii chrześcijańskiej. Dlatego często zwykł mawiać, że gorąco prosi Boga zawsze o to, ilekroć w godzinach brewiarzowych jest wspomnienie św. Andrzeja, patrona diecezji warmińskiej, aby mu udzielił wytrwałości i dał mężnego ducha oraz wyjednał mu to, by za wiarę̨ świętą znosić mógł najcięższe męki, owszem i sam krzyż nieść, jeśli to byłoby pożyteczne diecezji.


Już idzie dziesiąty rok od tego czasu jak [kardynał] przybył do tego Miasta – do Matki Żywicielki z bardzo poważnych przyczyn. Wiedzą wszyscy, jaką zyskał w tym Mieście opinię pobożności, roztropności, świętego obcowania i niewinnego życia. Zresztą ojciec św. Grzegorz XIII, roztropny rzeczoznawca zasług Hozjusza, gdy powierzył mu obowiązek penitencjarza większego – to potwierdził, że tak czyni udzielając najwyższej władzy rozstrzygania o grzechach innych temu, który ma jak najmniej grzechów własnych. O, wielkie świadectwo Najwyższego Kapłana o wielkim kardynale, które będzie podziwiać przyszły wiek, które zawsze będzie potwierdzał Kościół powszechny. Lecz nie ma tu czasu ani miejsca, żeby oceniać wszystko, co można słusznie powiedzieć o przesławnych jego cnotach. Dlatego nasza mowa jest pewnego rodzaju podsumowaniem wszystkich jego działań, słusznie bowiem zostało powiedziane: Nie może źle umierać, kto żył dobrze [św. Augustyn].


Świętego życia kardynała Hozjusza, jak się wydaje, nic bardziej nie może potwierdzić, jak święta jego śmierć. Oby ona otworzyła mu dostęp do prawdziwego, przez żadne wieki nieopisanego życia. Od tego bowiem czasu, gdy zaczął obejmować swoim umysłem chorobę ludzkiego bytowania, ponieważ sztuki dobrego umierania nigdy nie przestał się uczyć, to osiągnął, że im bardziej przez spadzistą drogę starości zbliżał się do końca tego śmiertelnego życia, tym gorliwiej nie ustawał w pełnieniu dobrych uczynków i ćwiczeniu się w świętych cnotach, do tego stopnia, że wyczerpawszy swe słabe ciało czuwaniami, modlitwami i postami oraz pracami podejmowanymi dla Kościoła Bożego, żar ducha coraz bardziej wzrastał w nim, nie tylko z dnia na dzień, lecz także z godziny na godzinę i w chwilach wyjątkowych. Zwykle nie pozwalał, by przeminął jakiś dzień, w którym by, podniósłszy umysł do Boga, nie mówił, że jest gotowy odejść z tego życia, kiedy tylko Bożemu Majestatowi to się podoba, aby swoją wolę składając codziennie Bogu jako ofiarę, mógł poniekąd splatać sobie koronę dobrowolnego męczeństwa.


Wzrastało już tak bardzo osłabienie jego ciała, zniszczonego podeszłym wiekiem i długotrwałym wyczerpaniem tak, że nie mógł bezpiecznie wychodzić z sypialni. Gdy zbliżało się święto świętej Marty, przyjaciółki Chrystusa, chociaż uznawał, że jest niegodnym grzesznikiem, chciał jednak, jak niegdyś Marta jutro to samo, jak mówił, uczynić – przyjąć Chrystusa Stworzyciela i Odkupiciela swego w gościnę. Następnego dnia, po spowiedzi przed kapłanem, gdy był obecny podczas Mszy św., chociaż słaby na ciele, jednak na kolanach bardzo uważnie uczestniczył i przyjął bardzo pobożnie sakrament Najświętszej Eucharystii z wielką pokorą, wzdychaniem i wylewaniem łez.


Przez następne cztery dni z wielką uwagą tak samo słuchał Mszy św. i recytacji Officium – godzin kanonicznych. Wreszcie w przeddzień święta Matki Bożej Śnieżnej, gdy zrozumiał, że już nadchodzi jego czas odejścia z tego świata, cały poddał się woli Bożej i na nowo w sakramencie spowiedzi oczyścił się z grzechów, odłożywszy na dzień następny przyjęcie Komunii św. i namaszczenia chorych, obwieścił kilku swym domownikom, którzy – jak się zdawało, byli przerażeni, że tej nocy [jeszcze] nie będzie umierał.


Następnego dnia odmówiwszy kanoniczne modlitwy brewiarzowe, w tym czasie ręce do nieba często podnosił, wysłuchał Mszy św. i przyjąwszy Wiatyk Najświętszej Komunii z wielkim szacunkiem i pokorą, mając zamiar odejść z tego świata do domu Ojca niebieskiego, wszystkim swoim dworzanom z ojcowskim zgoła uczuciem pobłogosławił. Przyjął sakrament namaszczenia chorych przygotowując się do walki ze złymi duchami. Dziękował Bożemu Majestatowi, że pozwolił mu dożyć do siedemdziesięciu sześciu lat tak, jak św. Augustynowi doktorowi Kościoła, którego przede wszystkim podziwiał i czcił.


Długo trzeba by było wyliczać wzdychania, łzy i jęki oraz modlitwy, które ustawicznie zanosił do Boga gorącym sercem. Szczególną czcią otaczał znak ożywiającego Krzyża, który chciał mieć przy sobie, ducha swego polecając Panu i całując miejsca ran Pana Jezusa i coraz częściej wzdychając słowami, które Kościół śpiewa: Witaj Krzyżu, jedyna nadziejo.


Gdy polecił sobie czytać Mękę Pańską według św. Jana, wówczas ilekroć usłyszał wymawiane Najświętsze Imię Zbawiciela naszego, tylekroć piuskę z głowy zdjąwszy, albo gdy ze względu na słabość ciała nie mógł tego uczynić, lekko dotykając ręką, Stwórcy swemu cześć należną usiłował oddać. Wreszcie o godzinie dziewiątej, w której Pan na Krzyżu oddał ducha za zbawienie rodzaju ludzkiego, ten święty mąż w ten sam sposób całując znak Krzyża, na oczach wszystkich upadłszy na kolana na pościeli, duszę swoją Chrystusowi Odkupicielowi łagodnie i szczęśliwie oddał. Tak więc w dniu Błogosławionej Maryi Dziewicy, którą zawsze otaczał szczególną pobożnością, w przeddzień święta Przemienienia Pańskiego, sam mając zamiar przemienić się – przeszedł ze śmierci do życia, z doliny płaczu na górę pełnej radości i szczęśliwości. Wyzwolony z więzów ciała wpatruje się w jasne Oblicze Boże, w którym jest słodycz prawdziwego szczęścia i rozkosz wiecznej radości.


Oto, drodzy słuchacze, krótkie streszczenie życia tak świątobliwego kardynała i czuwającego pasterza, którego słusznie świętym nazywać możemy. On przejawiał najwyższy szacunek względem Boga, w jego działaniach względem bliźnich widoczna była miłość, prostota i roztropność. Nie należy więc wątpić, że on osiągnął już tron świętych i zażywa widzenia Jezusa Chrystusa, którego zawsze miłował, w którego wierzył, którego jawnie wyznawał, którego do wydania ostatniego tchu życia miał zawsze w sercu i na ustach. Prawdopodobnie należy wierzyć, że nie tyle my swymi modlitwami mamy go wspierać, lecz raczej on może nas wesprzeć swoimi kierowanymi do Boga prośbami.



Wnętrze bazyliki, w której pochowany został Sługa Boży

Kard. Stanisław Hozjusz


Ten mąż sprawiedliwy uwolnił się od niedostatków tego świata, pogrążonego w złu [Mdr 4,10-11], został napełniony dobrami – owocami prac swoich i według dzieła rąk jego będzie mu oddane [Ps 112,3; Ps 128,2], siejącemu prawość słuszna zapłata została oddana [Prz 11,18] i odpoczynek wieczny jest jego udziałem. Polecajmy się zatem, bracia, jego wstawiennictwu i nawzajem polecajmy go naszym modlitwom. Jeśli już nie potrzebuje pomocy, modlitwy nasze z wielkim pożytkiem wrócą do nas. Przede wszystkim dołożymy starań, by go naśladować, by dojść tam, dokąd on już doszedł. Na próżno wspominamy bowiem trudy, wysiłki i zasługi świętych, jeżeli nie staramy się wyrazić tego czynami. Dlatego raczej zwiększa się kara stąd, skąd oczekiwaliśmy nagrody, bo nie bez przyczyny Bożego Miłosierdzia, podczas tej nocy zapaliło się widoczne światło tego świata, aby do drogi zbawienia mogli dojść ci, którzy pragną, a usprawiedliwienia nie mogli znaleźć ci, którzy zaniedbują to pragnienie.


Szczęśliwa ziemia, która takiego człowieka zrodziła, lecz szczęśliwsza, która takiego Panu zwróciła. Niech będzie uświęcona ta, która go wydała, niech będzie błogosławiona ta, która skarb święty przyjęła do siebie. Bardziej do serc ludzi przemawia bowiem życie nieobecnego niż głos obecnego, bardziej doprowadzają do skutku przykłady niż słowa. Módlmy się tak, jak on się modlił, pośćmy tak, jak on pościł. Dobra materialne dzielmy pomiędzy ubogich tak, jak on dzielił. Karćmy nasze ciało tak, jak on karcił. Wytrwajmy w pełnieniu dobrych uczynków tak, jak on wytrwał. Jest pewne, że dojdziemy do posiadania tej chwały, do której on doszedł. Niech to stanie się dla nas z łaski i miłosierdzia Pana naszego Jezusa Chrystusa, który z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje na wieki wieków. Amen.


LITERATURA:

Stanislaus Rescius, Stanislai Hosii vita. Appendix IV. Oratio Thomae Treteri habita in exequiis Stanislai Cardinalis Hosii in Basilica S. Mariae Trans Tiberim die XIV Augusti MDXXIX, Pelplini 1938, s. 210-216.

Stanisław Reszka, Żywot księdza Stanisława Hozjusza [Polaka], kardynała świętego Kościoła rzymskiego, penitencjarza wielkiego i biskupa warmińskiego. Przekład z wydania w Oliwie 1690 r. i komentarze s. Jadwiga Ambrozja Kalinowska OSB, Olsztyn 2009, s. 251-256.